Historia pisana na nowo

Artykuł zgłoszony do nieustającego konkursu na artykuł historyczny i prasowy (wrzesień 2009).

Przez wiele lat po zakończeniu II wojny światowej wydawało się, że coś takiego, jak filmowe karykatury tejże wojny nigdy nie powstaną. Funkcjonowało przekonanie, że największy w dziejach ludzkości konflikt militarny, który niepotrzebnie pochłonął miliony ludzkich istnień, jest tematem, którego po prostu nie da się przedstawić w krzywym zwierciadle wywołując u odbiorcy śmiech. Wśród ludzi pamiętających przerażający ogrom zniszczeń, jakich dokonały starcia zbrojne lat 1939-45, wojna budziła raczej grozę aniżeli uśmiech na ustach. I przez długi czas to szanowano.

Dziś jednak musiało coś w tej mentalności ulec zmianie. Mimo że autorytety z całego świata co roku, 1 września, przypominają społeczeństwom, iż wojna była piekłem, które jedni ludzie zgotowali drugim, to dla dużej części młodych pokoleń wojna pozostaje czymś abstrakcyjnym. Młodzież ma co prawda encyklopedyczną wiedzę na temat tego XX-wiecznego konfliktu, ale chyba nie potrafi uzmysłowić sobie wielkości tej tragedii i dlatego coraz częściej traktuje ją, jako dobry temat do żartów. Ten tok myślenia reprezentuje również powiększająca się grupa filmowych reżyserów, którzy starają się mówić o II wojnie światowej i ludziach, którzy ją tworzyli w sposób zabawny, wręcz komediowy. Dziś na ekranach światowych i polskich kin goszczą „Bękarty wojny” Quentina Tarantino. To obraz głośny, ale nie pierwszy tego typu. Nie dalej, jak dwa lata temu mogliśmy oglądać produkcję „Adolf H. – Ja wam pokażę”, w której to Niemcy postanowili sparodiować pierwszego wśród nazistowskich zbrodniarzy.

Dystans do siebie to nie wszystko
Kiedy usłyszałem o niemieckiej produkcji filmowej „Adolf H. – Ja wam pokażę”, pomyślałem, iż to chory pomysł. I po obejrzeniu tegoż obrazu w 2007 roku zdania nie zmieniłem do tej pory. W końcu parodiowanie kogoś to nie tylko wytykanie jego wad, czy uwidacznianie jakichś charakterystycznych cech postaci. Jest to też, wbrew pozorom, pokazywanie ludzkiej strony sławnych bohaterów. Śmiejąc się z kogoś tak naprawdę dostrzegamy, iż ta gwiazda czy wielki przywódca to niepozbawiony ułomności człowiek taki, jak my. Twórcy chyba zapomnieli, że Hitler był największym zbrodniarzem dwudziestowiecznej Europy i nie da się pokazać jego ludzkiej strony. Tworząc wątpliwej jakości film nie zauważyli, że dobra parodia musi tryskać humorem, ale jednocześnie pozostawać w granicach dobrego smaku.

Jest zima 1944 roku. Berlin. Wojna totalna prowadzona przez Niemców nie tylko nie przynosi planowanych sukcesów, ale wręcz przeciwnie, spycha ich do defensywy. Kraj pogrąża się w coraz większym chaosie. Jakby tego było mało, przywódca państwa Adolf Hitler popada w głęboką depresję, chce uciec przed zgiełkiem, z którym nie daje sobie rady. Pozostawienie kraju przez wodza samemu sobie staje się więc jak najbardziej realne. Jednak najbliższy współpracownik Hitlera, Joseph Goebbels, nie zamierza dopuścić do całkowitego upadku III Rzeszy. Stwierdza, iż führer powinien wygłosić pełne patosu noworoczne przemówienie ku pokrzepieniu serc roztrzęsionego wojną narodu. W przygotowaniu wystąpienia ma pomóc ściągnięty z obozu pracy, żydowski profesor i aktor Adolf Israel Grünbaum. Jego pojawienie się w siedzibie Hitlera prowadzi do powstania wielu przedziwnych sytuacji…

Niemiecka parodia nie jest pierwszą, która próbuje pokazać Hitlera w krzywym zwierciadle. Wcześniej był legendarny już „Dyktator” Charlesa Chaplina. Tyle tylko, że Chaplin stwierdził, iż nie nakręciłby tego filmu, gdyby wiedział jakich okrucieństw dopuści się przywódca III Rzeszy. Poza tym Dani Levy, reżyser „Adolfa H.”, upraszcza zbyt wiele rzeczy. I o ile to, iż twórcy chcą stworzyć obraz Hitlera jako zwykłego człowieka, można by w ostateczności jakoś przełknąć, to żarty na temat obozów koncentracyjnych i ich więźniów przekraczają wszelkie bariery dobrego smaku, nawet jak na groteskę, za którą podaje się owa produkcja.

Kiedy zapomni się już o podjętym przez twórców kontrowersyjnym temacie, można ocenić obraz Dani’ego Levy’ego od strony czysto filmowej. Ale i w tym aspekcie ta niemiecka produkcja wypada fatalnie. Parodia sama w sobie nie udała się. Pełna irytujących żartów i pozbawiona inteligentnego humoru wcale nie śmieszy. Filmowcy na siłę próbują zaprezentować odbiorcy obraz Hitlera nie jako pozbawionego ludzkich uczuć stratega, ale jako sympatycznego nieudacznika. Czynią to jednak bez lepszego pomysłu, co w połączeniu z rozmytą fabułą zapewnia kinomanom półtoragodzinną nudę.

Zawiedli też aktorzy. Postać Adolfa Hitlera zagrał niemiecki komik Helge Schneider, zaś w rolę profesora Adolfa Grünbauma wcielił się znany z „Życia na podsłuchu”, nieżyjący już Ulrich Mühe. Stworzeni przez nich bohaterowie są zbyt sztampowi, co decyduje o tym, iż wtapiają się w tło, nie tworzą jakichś indywidualności, które widz zapamiętałby po seansie, które wiązałby z tym konkretnym obrazem.

Film nie najlepiej wypada też od strony technicznej. Produkcja razi fatalnymi zdjęciami. Brak umiejętnej gry kamerą, czy słabe wykreowanie widoków wojennego Berlina przy użyciu komputerów, dopełniają obrazu klęski, jeżeli chodzi o stronę wizualną filmu, i potęgują tylko wrażenie, że „Adolf H.” jest irytującym widowiskiem dla naprawdę wytrwałych.

Radykalna reinterpretacja II wojny światowej
Z tematyką II wojny światowej każde dziecko spotyka się po raz pierwszy w życiu w szkole podstawowej. Jedną z rzeczy, którą musi wówczas przyswoić jest fakt, że naziści nienawidzili Żydów i dlatego masowo ich mordowali. Jeśli jednak historii miałby uczyć te same dzieci Quentin Tarantino, to posiadłyby one zupełnie inną wiedzę. W „Bękartach wojny”, najnowszym filmie tego amerykańskiego reżysera, bohaterowie może są ci sami, ale zamieniają się rolami: to Żydzi są tu drapieżnikami, którzy polują na ofiarę, czyli hitlerowców.

Tytułowymi „bękartami” Tarantino nazywa grupę żydowskich bojowników, którzy w czasie II wojny światowej prowadzą partyzanckie walki z niemieckimi nazistami w odwecie za okropieństwa popełnione przez tych ostatnich właśnie względem Żydów. Metody zwalczania wroga mają co najmniej nietypowe. Rozbijają głowy hitlerowców kijami bejsbolowymi, podrzynają im gardła ostrymi nożami, nierzadko skalpują, a broni palnej używają jedynie w ostateczności. Nic więc dziwnego, że budzą postrach nawet w szeregach dobrze uzbrojonych żołnierzy. Umiejętności „bękartów” postanawia w końcu wykorzystać najzagorzalszy wróg Niemców – Wielka Brytania. Tamtejszy wywiad zleca żydowskim partyzantom przeprowadzenie krwawego zamachu na przedstawicieli elity III Rzeszy: Goebbelsa, Göringa, czy wreszcie samego Hitlera. Okazja ku temu nadarza się dość szybko, w paryskim kinie zaplanowano bowiem uroczystą premierę niemieckiego filmu propagandowego. Pokaz swoją obecnością mają zaszczycić hitlerowscy dostojnicy. „Bękarty” tylko na to czekały…

Tarantino swobodnie pogrywa sobie z historycznymi faktami tworząc własną, autorską, odważną wersję II wojny światowej. Przekornie pyta nas, co by było gdyby Żydzi mieli na tyle sił i środków, by stawić czynny opór nazistom oraz co by się stało, jeśli jeden z zamachów na przywódców III Rzeszy powiódłby się i Hitler zginąłby przed 1945 rokiem. I snując na ekranie swoją opowieść, reżyser przedstawia alternatywny scenariusz tragicznej historii. Wywołuje przy tym aplauz wśród widzów, u których budzi ukryte demony zemsty, bo przecież wreszcie udało się komuś dokopać tak znienawidzonej hitlerowskiej ferajnie. Tarantino momentami przechodzi samego siebie w tworzeniu filmowej fikcji i widać, że sprawia mu to nieukrywaną radość. Udowadnia przy tym, że nie istnieją dla niego granice przyzwoitości, których nie potrafiłby przekroczyć. Jego obraz epatuje brutalnością, chwilami popada w melodramatyczne tony, ale generalnie ma pozostać zabawnym (głównie dzięki dialogom), lekkostrawnym daniem dla kinomanów.

Trzeba przyznać, że produkcja odznacza się świetnym warsztatem. Nie brakuje tu przewrotnych dialogów, które przede wszystkim mają bawić widza, ale są też istotnym elementem budowania napięcia. Podobnie jak w swoich poprzednich obrazach, Tarantino przechodzi od długich, chwilami nużących rozmów bohaterów do utrzymanej w zawrotnym tempie akcji. Mocną stroną „Bękartów wojny” są też ciekawie skrojeni bohaterowie. Na szczególną uwagę zasługuje rola Brada Pitta, który wcielił się w niezwykle barwną postać porucznika Aldo Raine’a – dowódcę „bękartów” i kreacja Christopha Waltza – pułkownika gestapo, postać niezwykle złożoną: uprzejmą i błyskotliwą z jednej strony, a jednocześnie bezwzględną w likwidowaniu Żydów.

Tarantino po raz kolejny nakręcił jakże charakterystyczny dla siebie film. Udowodnił też, że jest jednym z niewielu światowych reżyserów, który potrafi tworzyć kino popularne przeznaczone dla masowej publiczności, utrzymując jednocześnie przyzwoity poziom. Dlatego tym większa szkoda, iż „Bękarty wojny” utopił on w fatalnym, zupełnie nietrafionym pomyśle. Zamiast dobrego wrażenia po wyjściu kina pozostaje jedynie niesmak.

Parodia wojny – czy jesteśmy na to gotowi?
Komedie przedstawiające II wojnę światową w krzywym zwierciadle to filmowy gatunek, który już się narodził i w najbliższych latach będzie zapewne się rozwijał. Takie produkcje, jak chociażby goszczące obecnie na ekranach kin „Bękarty wojny” Quentina Tarantino, czy wyżej wymieniony „Adolf H. – Ja wam pokażę”, z jednej strony powinno się oceniać od strony czysto filmowej, co zresztą uczyniłem, a z drugiej należy zadać sobie pytanie, czy takie filmy w ogóle powinny powstawać?

Długo zastanawiałem się nad tym problemem, dochodząc w końcu do wniosku, iż jednak nie powinny. Każda wojna, a w szczególności ta, która rozpoczęła się w 1939 roku, jest wydarzeniem zbyt tragicznym, by traktować ją jako świetny materiał do sparodiowania i nakręcenia komedii. Wydaje mi się, że są pewne dziedziny życia, o których należałoby mówić tylko w sposób poważny. Jeżeli nie zalicza się do nich II wojna światowa, największy konflikt zbrojny w dziejach ludzkości, to ja pytam, gdzie leży granica żartów, jeśli takowa w ogóle istnieje.

Na fali ogólnonarodowego zachwytu „Bękartami wojny” wśród widzów, jak i krytyków, mogę zostać posądzony o brak poczucia humoru. Ale wcale nie o nie tu chodzi. II wojna światowa nie jest demonem przeszłości, którego można by oswajać za pomocą śmiechu. Jest bolesną kartą w historii świata, a jej walczącym i poległym na polu walki bohaterom należy się pamięć i szacunek, a nie głośny chichot na widowni.
Piotr Pieńkosz



Interesujesz się drugą wojną światową?

Fascynuje Cię historia, wielka polityka albo militaria i uzbrojenie?
Jesteś pasjonatem książek historycznych, gier komputerowych lub filmów wojennych?

Napisz do nas już teraz i zostań redaktorem serwisu II Wojna Światowa WWII.PL!

Czekamy na Twoje zgłoszenie: lughard@wwii.pl. Serdecznie zapraszamy!

WWII 2007 © Wszelkie prawa zastrzeżone
kontakt małpa wwii.pl
powered by FLASHGATE