„Archipelag GUŁag 1918-1956” – recenzja książki
Przede mną wyzwanie – recenzja książki „Archipelag GUŁag 1918-1956”, za którą autor, Aleksander Sołżenicyn, otrzymał literacką nagrodę Nobla. W moje ręce trafiła jej trzytomowa edycja, oferowana polskim czytelnikom przez Dom Wydawniczy Rebis. Trzeba przyznać, że zadbano o odpowiednią formę dla tego wyjątkowego dzieła – porządny papier, twardą oprawę i sugestywną okładkę, która od pierwszej chwili wprawia we właściwy nastrój. Z czym bowiem kojarzy nam się GUŁag, jeśli nie mrozem i pociągami wiozącymi ludzi w bezkres Syberii?
„Archipelag GUŁag 1918-1956” jest opowieścią o życiu więzienno-obozowym w radzieckiej Rosji. Pokazuje je subiektywnie – nie jest to monografia, opierająca się wyłącznie na źródłach pisanych. Książka w dużej mierze wykorzystuje relacje więźniów, w tym także doświadczenia samego autora. Sołżenicyn podkreślił to w dedykacji: „Poświęcam wszystkim, którym życia nie starczyło, aby o tym opowiedzieć. I niechaj mi wybaczą, że nie wszystko dostrzegłem, nie wszystko sobie przypomniałem, nie wszystkiego się domyśliłem.”

Czas się w książkę zagłębić. Pierwsza część „Przemysł więzienny” pełni rolę wstępu. Okazuje się, że do Archipelagu jeszcze daleko, że to tylko aresztowanie, tylko przygotowanie do drogi. Już pierwsze strony przekonują nas o wielkości autora. Jego pióro, mimo iż traktuje on o sprawach arcytrudnych, nie onieśmiela. Styl Sołżenicyna przypomina opowiadania o dawnych czasach, lecz z każdą stroną robi się coraz straszniej. Skąd pojawiało się tylu ludzi w łagrach? Za co ich skazano? Dlaczego ich aresztowano? Czy aresztowania to ostry dzwonek do drzwi i wyciąganie z domowych pieleszy? Tak, to także, ale Związek Radziecki miał również inne, bardziej, wydawałoby się, wyrafinowane metody. Przykładem niech będzie aresztowanie Irmy Mendel: „Węgierka, dostała któregoś dnia w biurze Kominternu (1926) dwa bilety do Teatru Wielkiego, do pierwszych rzędów. Śledczy Kegel zalecał się do niej, więc go zaprosiła. Całe przedstawienie minęło im na czułych spojrzeniach, po czym Kegel zawiózł Irmę... prosto na Łubiankę.” Wydaje się absurdalne? Jak można tak postępować? Zaczyna do nas z każdą stroną docierać codzienna prawda ZSRR. Okazuje się, że w tamtych czasach nie można było ufać nikomu i niczemu, a nawet gdy się do tej zasady stosowało, nie było się pewnym dnia ani godziny. Aresztować mógł każdy, a posterunki GPU były wszędzie, zawsze pod ręką. Czytając o tych absurdalnych ze współczesnego punktu widzenia akcjach, zaczynam zastanawiać się, jak to się stało, że Lenin i Stalin wymyślili tak precyzyjną machinę terroru?
Odpowiedzi udzielił mi sam autor, przybliżając misję Czeka. Jeden z pierwszych okólników NKWD (grudzień 1917) mówi: „W związku z sabotażem ze strony urzędników okazać trzeba w terenie maksimum inicjatywy, n i e w y ł ą c z a j ą c konfiskat i aresztowań”. Stopniowo kolejne powody aresztowań przytaczane przez autora przekonują o mocy przywódców tego państwa, o tym, że był to jeden z najstraszniejszych reżimów w historii współczesnej. Obraz profilaktyki społecznej stosowanej dla oczyszczenia narodu z „niebezpiecznych insektów” w pełni ukazuje, jak mało było warte życie ludzkie, jak łatwo było stać się jednostką społecznie niepoprawną. Aresztowano ludzi ze wszystkich warstw i wszelkich profesji, naukowców, filozofów, teologów, ale też rolników, mniszki, robotników i studentów.
Obraz ten zostaje trochę rozjaśniony – nie chodzi tu jednak o racjonalne wytłumaczenie powodów aresztowań – a jedynie o przybliżenie litery prawa, paragrafów, na podstawie których skazywano ludzi na 10, a w końcu nawet na 25 lat katorgi. Prawo przez cały opisywany okres ewoluowało i obejmowało coraz więcej dziedzin, co jeszcze zwiększało swobodę władz. Może właśnie dlatego pozory prawa zachowano i przeprowadzano śledztwa. Można by nawet sądzić, że tu właśnie ujawnia się ucywilizowanie aparatu więziennego w Związku Radzieckim. Jest to jednak tylko fasada, bo kto by pomyślał, że „będą w Rosji tortury przy śledztwie, że będą człowiekowi ściskać głowę obręczą, zanurzać go w wannie z kwasem, że będą go – nagiego i skutego – wystawiać na ukąszenia mrówek i pluskiew, że mu będą wpychać rozżarzony na prymusie wycior w odbytnicę („tajemne piętno”), powoli rozgniatać butem genitalia, a już co najmniej męczyć całotygodniową bezsennością, pragnieniem i biciem na krwawy befsztyk.” A to i tak tylko ogólniki. W książce możemy zapoznać się z całym wachlarzem metod stosowanych dla wymuszenia przyznania się do winy. Winy, którą trzeba było wziąć na siebie, żeby wreszcie błękitne wyłogi przestały dręczyć, choćby za cenę 10 lat łagru.
Świadectwa ludzi dotyczące śledztwa i tak zapewne utraciły ostrość po latach, a to przecież był dopiero początek katorgi. Mogło się wydawać, że teraz może być już tylko lepiej. Pisarz podtrzymuje to złudzenie: „Tego co przeżyłeś w pierwszej celi śledczej, nie da się porównać z niczym, co zaszło w twoim życiu przed tym, i z niczym, co się zdarzyło później.” Lecz nagle autor zabiera nas w dalszą podróż. Zaczyna się droga do wysp Archipelagu. Skazany otrzymuje wyrok – często absurdalny i trudny do przyjęcia. Mamy także okazję poznać bezduszność systemu:
„Chcąc dodać tej chwili (wręczenia wyroku) chociaż trochę znaczenia, powiedziałem z akcentem tragizmu:
- Ale to przecież okropne! Osiem lat! Za co?
- O tu. – Jeszcze raz wskazał mi major, gdzie mam się podpisać.”
Wyroki są różne 3 lata, 10 czy 25 i wreszcie kara główna – śmierć. „Archipelag GUŁag” opisuje wszystkie te rzeczy ze straszliwym realizmem. Pozwala zrozumieć przynajmniej w części, jak wtedy żyli ludzie, jak ich wyrywano z normalnej egzystencji i brutalnie przenoszono w świat transportów, stacji przeładunkowych i obozów.
Po przeczytaniu pierwszej i drugiej części, musiałam książkę na pewien czas odłożyć. By nie stępiła się ostrość obrazu przedstawianego przez Sołżenicyna. Żebym nie zobojętniała na ludzkie cierpienie. A może o to właśnie chodzi? Żeby zobojętnieć, żeby poczuć choć tysięczną część tego zobojętnienia, którego doświadczali na co dzień obywatele ZSRR?
W takim nastroju wkraczamy w trzecią część, w świat życia obozowego. Poznajemy jego historię – od wynurzenia się z odmętów północy na wyspie obozu Sołowieckiego, poprzez wszystkie stadia, aż po upadek. Sołżenicyn daje nam możliwość poznania całego układu społecznego obozowych wysp, a także losów zaskakująco wielu ludzi. Rysuje przed nami obraz wręcz nierealny, tak odstający od dzisiejszych norm, że trudno w niego uwierzyć. Nie do pojęcia jest ogrom Archipelagu i ogrom cierpień, które spłynęły na radzieckich obywateli (i nie tylko, wszak trafiali tam także Niemcy, Chińczycy, właściwie każdy, kto się nawinął i był na tyle nieostrożny, że można było nań rzucić jakiekolwiek pomówienie).
„Archipelag GUŁag 1918-1956” jest książką trudną w odbiorze. Żadna publikacja mówiąca o planowanej zagładzie tylu milionów ludzi nie może być prosta. Jednocześnie jest jednak napisana w pięknym stylu, nie przytłacza i pozwala chociaż powierzchownie poznać realia życia zeków. Dzieło Sołżenicyna jest ze wszech miar godne polecenia, więcej – powinno być lekturą obowiązkową, tak, by każdy wykształcony człowiek zdawał sobie sprawę, do czego może prowadzić dyktatura i jak można upodlić ludzi. „Archipelag GUŁag” to po części także nasza historia – w łagrach było wielu Polaków. Także o tym nie możemy zapomnieć.
Justyna Wrońska
Ocena:
Autor: Aleksander Sołżenicyn
Tytuł: Archipelag GUŁag 1918-1956
Wydawca: Dom Wydawniczy REBIS
Rok wydania: 2009
Oprawa: twarda z obwolutą
Cena promocyjna: 117,00 zł
Dziękujemy wydawnictwu
Rebis za przekazanie egzemplarza książki do recenzji.